Krynicka odyseja Niezłej Korby
Podsumowanie - statystki z movescount.com:



Dzień 8. - 14/08/2011 - NK ...
Dzień 7. - 13/08/2011 - NK ...
Dzień 6. - 12/08/2011 - NK ...
Dzień 5. - 11/08/2011 - NK na szlaku granicznym
Tradycyjnie dzień rozpoczęliśmy od śniadania. Należy wspomnieć, że nasza gospodyni co dzień zaskakuje nas jakimś ciepłym dodatkiem do śniadania. Dziś były kotlety mielone, ale w kształcie placków ziemniaczanych. Jak do tej pory hitem były wczorajsze naleśniki.
Po dniu przerwy od rowerów zebranie się do wyjścia zajęło nam trochę więcej czasu niż zwykle. Rowery przed garażem stały dobrze po 10, ale pozostała jeszcze drobna wymiana klocków hamulcowych u mnie w rowerze. Drobna, ale jak emocjonująca! Trzeba było odkręcić wszystko, ale na szczęście hamulec na zjazdach nie wydaje już potwornych jęków.
Na początek, wyjechaliśmy asfaltowym żółtym szlakiem na Jakubik, oczywiście do góry. Po zjeździe na szlak czerwony zaczął się najpiękniejszy fragment trasy - jechaliśmy przez łąki, pagórki. Nawet mijaliśmy kwitnące wrzosy po drodze. Dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie w Izbach, gdzie zajadając drożdżówki na przemian z lodami i popijając Wysowiankę Lemon, cieszyliśmy się z pięknego słońca.
Jeszcze większą frajdę sprawił nam wjazd żółtym szlakiem na Okopy Konfederatów Barskich, jak również dalszy przejazd szlakiem granicznym, aż do słupka 276.1, gdzie skręciliśmy już w kierunku domu. Droga była przepiękna - mnóstwo podjazdów, zjazdów, piękny bukowy las i co jakiś czas widokówkowy pejzaż ukazujący się między drzewami. Zjazd z powrotem do Tylicza okazał się z kolei nie lada przygodą. Poszukując nowego niebieskiego szlaku Pułaskiego udało się nam dojść do końca ścieżki, a raczej miejsca, gdzie jej już dalej nie było. Aby nie tracić wysokości cofając się do punktu wyjścia, postanowiliśmy iść dalej w górę. Rozdzieliliśmy się na dwie ekipy, które pchając lub nosząc rowery wspinały się kolejne metry licząc, że trafią na jakąś drogę.
Natka, Janek i ja wybraliśmy Adventure. Znajdowaliśmy raz po raz kolejne ścieżki, żadna jednak nie była szlakiem. Za to doszliśmy do takich miejsc, których grzybiarze na pewno by nam zazdrościli. Cała polanka dużych, dorodnych kurek - jaka szkoda, że nie mamy w naszej willi jak ich przyrządzić! Koniec końców, po zwiedzaniu jarów i miejscowych okopów trafiliśmy na trochę szerszą drogę - miejsce zwózki drzew. W coraz większym błocie, które swoje apogeum miało tuż przed naszym upragnionym asfaltem, udało się nam wydostać na właściwą górę, skąd do Węgierskiej Korony było tylko jakieś 5 minut naprawdę szybkiego zjazdu. A w Koronie dzisiejsza promocja to sałatka włoska i zupa jarzynowa za 12 zł. Mniam.
Mimo, że dzień należał raczej do lekkich (w końcu to tylko 42 km i jakieś 1300 m przewyższenia) to w pełni zasłużyliśmy na kilka łyków uzdrawiających wód z Krynicy oraz gofry bez VAT.
Teraz idziemy już spać, aby zdołać wstać jutro o 6.00 i pojechać w Tatry Słowackie. Ahoj!
Łucja
Dzień 4. - 10/08/2011 - NK i dzień odpoczynku (od wody zdrojowej)
Dziś dzień restu, choć dla niektórych ten odpoczynek był całkiem ciężki ze względu na jazdę samochodem po górskich zakrętach.
Rankiem podwoje swoje otworzyło ponownie Centrum Diagnostyki Ruchomości Stawów Stóp im. Jana Kasei i udało nam się zrobić zdjęcia naszych stóp we wszystkich możliwych zgięciach, w biegu boso jak i w butach. Wyniki naszych dogłębnych badań już wkrótce będzie można obejrzeć na stronie. Tak jak w populacji, nasza pięcio-osobowa póba statystyczna wykazała, że są tacy co biegają ze śródstopia, jak i z pięty, a średnia jest gdzies pomiędzy.
W planach na ten dzień była naprawa rowerów jak i komputera. Janek wymienił swoją tylną przerzutkę w sklepie w Nowym Sączu na nową piękną SLX.
Poza tym wieczorem byliśmy trochę biegać w trzech podgrupach. Ah! Super te góry!
ŁucJan
Dzień 3. - 9/08/2011 - NK i Zgórmysyn(y)
Ranek przywitał nas rześkim powietrzem i pełnym zachmurzeniem. Jednak już w czasie śniadania aura kompletnie się odmieniła i zza pięknych cumulusów uśmiechało się do nas zapraszająco słońce.
Śniadanie zostało zdominowane przez lekko mrukliwą dyskusję na dobrze znany temat - co dziś robimy? Pomysłów jak zawsze wiele, ochoty jak zawsze za dużo, co tu wybrać?
Po posiłku ustawiliśmy na szybko Centrum Diagnostyki Ruchomości Stawów Stóp im. Jana Kasei i wykonaliśmy pierwsze fotografie, które pozwolą nam zostać lepszymi biegaczami. Jak? Tego jeszcze nie wiemy. Po prawdzie, nie wiemy nawet czy zdjęcia zostały poprawnie zrobione.
Dziś dla odmiany poszliśmy na rower. Rano umówiliśmy się z Tomkiem Bergierem ze Zgórmysynów na wspólną jazdę, dlatego wystroiliśmy się w, lekko już śmierdzące acz nadal homogeniczne, koszulki teamowe i o 1030 spotkaliśmy się na deptaku.
Dość syty podjazd doprowadził nas na szczyt Jaworzyny Krynickiej, a następnie szlakiem graniowym na Runek i Halę Łabowską. Tu spotkał nas wielki zawód - nie było szarlotki. Dziewczyny z okienka zaoferowały się, że ciasto zrobią, ale musimy wcześniej zadzwonić. Chwilę później Janek chował numer telefonu, a Tomek zachwycał się tempem jankowego bajeru. Z braku słodkich wypieków wybawiły nas równie słodkie naleśniki, po opędzlowaniu których udaliśmy się w powrotną stronę.
Nasz wariant nawigacyjny okazał się prawie dobry, niemniej i tak skończyliśmy na szlaku na Runek. Stamtąd, prawie cały czas zjeżdżając, przy wtórze narzekań na rozpadający się sprzęt, dotarliśmy do Krynicy. Jutro jakiś sklep rowerowy w Nowym Sączu chyba na nas zarobi.
Po obiedzie w Węgierskiej Koronie obowiązkowo delektowaliśmy się wodami. Tym razem był to Tadeusz, wajchę przełóż, co fetor rozsiewa, nie przymierzając, jak wyjęty z torfowiska but. Do tego trzeba go wypić w ciągu 20 minut, bo inaczej wytrącające się żelazo (Fe!) niszczy bidony marki Isostar (niektórzy autorzy twierdzą nawet, że jest to reakcja ciut wybuchowa). Na szczęście Janek podołał. W końcu jak nie on, to kto?
Popołudnie spędziliśmy na pracach domowych - myciu, czytaniu, leżeniu, zakupach. Niektórzy nawet udawali, że pracują.
Dziękujemy Tomkowi za miłą jazdę i gotowość do prowadzenia konwersacji nawet na ostrych podjazdach!
Olek
Dzień 2. - 8/08/2011 - NK na "Szlaku Mistrzów Szosowych".
Wzorem dnia 1, pobudka nastąpiła o 8, a śniadanie o 8.30. Dzisiaj nasza białoruska gospodyni zaserwowała nam parówki i surówkę z kapusty.
Wyjazd na trasę “Szlakiem Mistrzów Szosowych” nastąpił po 10.00. Przed nami był sam asfalt i 52 km trasy (Krynica-Krynica bez Góry Parkowej). Zapowiadana suma podjazdów: 780 m.
Przez Krzyżówkę (743 m n.p.m.), Kotów, Kamianną (drogi czytelniku: tu zobaczysz jak pszczoły robią miód i go kupisz), Polany, Berest (zwiedziliśmy cerkiewkę z pięknym ikonostasem), Piorunkę, górę Piorun (743 m n.p.m.), Mochnaczkę, Tylicz wróciliśmy do Krynicy.
Po drodze było parę długich zjazdów i parę długich podjazdów. Czyli to co NK lubi najbardziej.
Tradycyjnie obiad zjedliśmy w Węgierskiej Koronie. Tagliattele w sosie carbonara z RYDZAMI są przepyszne. Polecamy!!!
Po obiedzie, zaliczyliśmy leżakowanie na trawie przy restauracji, tak aby sadełko się zawiązało. A jak się zawiązało, to poprzez pijalnię Józefa (piękna, drewniania, gdzie z Jankiem “zatankowaliśmy” bidony ze zdrojów Jana i Józefa) i Górę Parkową (741 m n.p.m.), dotarliśmy do bazy.
Czyli dzisiaj zrobiliśmy ok. 60 km i ok. 1150 m w pionie.
Przed wejściem pod prysznic rozciągaliśmy zmęczone mięśnie aby przyspieszyć ich regenerację.
Uwaga 1.: Pogoda dopisała. Zaczęło mocno padać dopiero po dotarciu do bazy.
Uwaga 2.: Mojego z Jankiem upodobania do wód zdrojowych nasi współtowarzysze jakoś nie podzielają. Wniosek: nigdy wcześniej nie byli “u wód” i musza nabrać tego dobrego i zdrowego nawyku.
Uwaga 3.: Kończę tą rejacje bo czas na... kolację. Pa.
Maciej
Dzień 1. - 7/08/2011 - NK i "lajtowa przejażdżka"
Życie jest piękne. Świeci słońce, śniadanie o 8:30, o 10:00 ruszamy. Zaczyna się tak jak lubię najbardziej: puszczam klamki hamulców i szybko grawitacja rozpędza mnie do 50km/h. Tak! - mieszkamy na końcu stromej drogi. Po kilku sekundach testuję czy hamulce działają. Jesteśmy przy głównej ulicy. Yeah! Nieźle się zaczyna!
Potem pod górę w kierunku Tylicza, znów zjazdy, łzy z oczu, potem płasko z górki w tempie rekreacyjnym (34km/h), mijamy miejsce gdzie ś.p. Lepper wysypywał zboże, premia górska III kategorii (tata wygrywa) i dalej w kierunku Bacówki pod Wierchomlą - po drodze skończył się asfalt (zaczynamy terenową część tej przejażdżki). W Bacówce naleśniki, panorama, zdjęcia. Dalej pod gorę na Jaworzynę (nie ma tam nic ciekawego), po kamieniach szybko w dół, małe wywrotki z kąpielami błotnymi, asfaltem do Krynicy. Tam tradycyjnie Węgierska Korona (prażymy się na słońcu, gościu z gitarą przygrywa, ale dźwięki ze sceny na deptaku bardziej nas poruszają). Po kolei nie wytrzymujemy i przenosimy się na trawnik w cień - tam leżymy jak zdechli i oglądamy nadopiekuńczych rodziców nie pozwalających dzieciom hasać po całkiem bezpiecznym placu zabaw. Potem stajemy na deptaku - tata z Olkiem słuchają koncertu, a ja oprowadzam dziewczyny po pijalni. Potem z pełnymi brzuchami toczymy się pod górę do Słotwin (chcemy jeszcze coś dołożyć do dzisiejszej przejażdżki). Na podjeździe znów kapie mi pot z nosa na ramę - czuję, że żyję. Słońce ma już długie promienie, las jest super, droga stroma. Potem znów stroma i... stroma. W końcu jedziemy w dół. Potem obiecujemy dziewczynom, że już nie będzie pod górę. No i bardzo stromo to nie jest... Na koniec asfaltowy zjazd i... 200m mega stromej wspinaczki do domu. Ale było! Wcale nie lajtowo. 62km, 1550m podjazdu. Trochę się zmęczyłem, czuję mięśnie. Przy kolacji gadamy z Manią - czujemy się jakby siedziała obok nas. Over.
Janek
Zdjęcia z dnia pierwszego do zobaczenia na fb:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.202156256506283.58658.168297359892173&l=fcc7aff6aa&type=1
Dzień 0. - 6/08/2011 - NK w trasie...
Bez większych przygód docieramy na miejsce w dwóch rzutach. Natka, Olek i tata jechali dłużej, ale dotarli wcześniej. My z Łucją przyjechaliśmy szybciej, ale dotarliśmy później (ok. 23:00) - fenomen. ;) Mieszkamy w willi. Dokładniej rzecz biorąc to nam z Łucją w udziale przypadała jej piwnica (no może "półpiwnica"). Ale bez dramatu, reszta ekipy ma przynajmniej okno. Ogólnie szału nie ma - łazienka to nasze największe pomieszczenie. Po krótkiej celebracji ku czci wakacji szybko idziemy sapać - tzn. spać.
Napisał/a: Janek, 2011-08-07 21:50:04 komentarze (4) || skomentuj
Arus, 2011-08-08 23:37:34, napisał/a:
Ach, też bym sobie chętnie zapocił ramę. Pozdrówcie odemnie zjazd z Łabowskiej w stronę Krynicy.
Adam, 2011-08-11 19:52:39, napisał/a:
Wy 1550, a my wczoraj w pionie pokonaliśmy łączne przewyższenie równe 3168 m :D i dotknęliśmy tym samym lodowca. Też bym z chęcią wsiadł na rower, nawet tutaj w Chamonix, bo sa super trasy, ale za mało czasu niestety :( Ostrych dalszych wojaży!
Olek, 2011-08-12 21:57:38, napisał/a:
Ale 3168 m w górę?
Darek P, 2011-08-16 16:05:38, napisał/a:
Łączenie w górę i w dół. Tak naprawdę to zrobiliśmy na nogach przewyższenie ok 1600 m (2600 mnpm) dochodząc historyczną pierwszą drogą na Mont Blanc do lodowców Les Bossons i Taconaz.
Skomentuj ten wpis!


postami.






