GEZnO 2011
Ściganie z chłopakami jest fajne. Ogarniają mapę, wiedzą gdzie biec i jeszcze potrafią na holu wciągnąć pod większą górkę, ale… raczej nie mam pojęcia gdzie biegnę, na mapę ledwo spojrzę, bo koncentruje się na tym, żeby złapać kolejny haust powietrza, a na dodatek czuję się tym słabszym ogniwem w zespole.
Tym razem było inaczej. Wystartowałam na GEZnO w kategorii KK, a więc trochę krótsza trasa niż MIX i zadebiutowałam jako nawigator zespołu. Z Basią zdecydowałyśmy się na start na jakiś tydzień przed imprezą, tylko ogólnie znając swoje możliwości. Ona wiedziała, że ja już w GEZnO wcześniej startowałam, ja wiedziałam, że na treningach w ERGO Basia biega trasy z podbiegami. Wyglądało to dobrze, a wyszło znakomicie.
Pierwszy dzień zaczął się konkretnym mrozem (-8 stopni), pięknym słońcem, mgłami w dolinach i… wpadką nawigacyjną tuż za startem. Człowiek – zwierzę mimo wszystko stadne, poleciało za tłumem, ale w zupełnie inną stronę niż trzeba było. W sobotę trasa dla kobiet obejmowała około 22km (choć szykowałyśmy się na jakieś 15, zgodnie z informacjami na stronie zawodów). Tego dnia punkty były scorelafem, czyli można je było zaliczać w dowolnej kolejności. Wybrałyśmy zaliczanie punktów zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara i trzeba przyznać, że punkty wchodziły nam jeden po drugim (chyba już mogę sobie na stronie napieraj w profilu wpisać „potrafię dobrze wykonać zaplanowany wariant”?). Przepiękne widoki, dobra pogoda do biegania, lekko zmrożona gleba i bardzo dokładna mapa. Trasa tak naprawdę mogła być nawet dłuższa, bo chętnie byśmy podziwiały Pieniny czy Tatry przy pełnym słońcu jeszcze przez kolejne trzy godziny.

Powolutku klarował się nam też podział ról w zespole, Basia świetnie radziła sobie biegowo, aż zaczęłam jej „oddawać” zadania – już od startu Basia pilnowała opisów punktów, przy 5 punkcie to ona podbijała kartę dając mi chwilę na spojrzenie w mapę. I tak w miłej atmosferze, troszkę spiesząc się, ze wszystkimi punktami wpadłyśmy na metę po 6h i 25 minutach. Jakie było nasze zdziwienie po wynikach. Do 4 zespołu traciłyśmy dwie minuty, a przecież wcale ich na trasie nie widziałyśmy. Nie było bezpośredniej rywalizacji, zwłaszcza że dziewczyny przyjęły inną taktykę i zrezygnowały z jednego punktu na rzecz 30 minutowej kary czasowej.

I tak, drugiego dnia startowałyśmy z mocnym postanowieniem nadrobienia tych zaledwie, a czasem wydawało się nam aż dwóch minut. Niestety łatwo nie było. Drugiego dnia startowałyśmy ze startu wspólnego i w dodatku na trasie z ustaloną kolejnością zdobywania punktów. Szanse na zdobycie przewagi były małe, gdyż razem z dziewczynami z TRAILteam (Ula i Asia) widziałyśmy się praktycznie na każdym punkcie, a obecność innego zespołu w zasięgu wzroku tylko motywowała do szybszego biegu.
Na pierwszym punkcie byłyśmy jakieś 50 metrów za dziewczynami, ale już na szczycie kolejnej góry spotkałyśmy się i zbiegałyśmy we czwórkę. Przy drugim punkcie, małe zamieszanie zdekoncentrowało mnie do tego stopnia, że dałam się zwieść i zamiast iść swoim wariantem zasugerowałam się powrotem dziewczyn (a Basia powtarzała, Łucja nie sugeruj się nimi!). I tak Ula i Asia podbiły punkt na przecięciu strumieni jako pierwsze, ale nam za to wyszło lepiej przedzieranie się przez krzaki i... spotkałyśmy się na długiej prostej do kolejnego punktu. I tak raz jako pierwsze, raz jako drugie szłyśmy na kolejne 4 punkty. Co ciekawe, z punktów zwykle wychodziłyśmy innymi wariantami i spotykałyśmy się na przebiegach, w rezultacie biegnąc ramię w ramię. Ciekawiej zrobiło się na przedostatnim punkcie. Wydawało się nam, że jesteśmy pierwsze (co w końcu nie okazało się prawdą). Żeby nie dać się zauważyć zbiegałyśmy z górki po krzaczorach zamiast po ścieżce, ale czego się nie robi, żeby zdobyć dwuminutową przewagę. Wariant na ostatni, siódmy punkt okazał się kluczowy. My pobiegłyśmy przez pola, po raz kolejny rozkoszując się przepiękną pogodą, widokami i radością z biegania. Z ostatniej górki już był sprint do mety, taki ostatni zryw przed metą w nadziei, że może jednak udało się. Hurrra, meldujemy się na mecie jako czwarty zespół, o to chodziło! Mija minuta (z tych naszych cennych dwóch, o które walczyłyśmy), wychodzimy rozprężone z bazy, a tam dziewczyny pędzą na metę! No nie, co teraz?! Spedzając na trasie 9h i 48 minut w przeciągu dwóch dni, na sam koniec wyprzedzamy TRAILteam o 1 minutę. Co za emocje! Dziewczyny, wielkie dzięki za naprawdę fajne sportowe wyzwanie!

Basia następnego dnia napisała „Wszystko mnie boli, ale czuję się świetnie. To bardzo dobry stan. To co, za rok łamiemy trasę o godzinę krócej?”, Pewnie, że tak. Trzeba wreszcie pościgać się o podium :)
Mapy:
Zdjęcia: Piotr Silniewicz, silne-studio.pl oraz Paweł Banaszkiewicz.
Napisał/a: Łucja, 2011-11-15 23:18:34 komentarze (5) || skomentuj
Mania, 2011-11-16 00:21:43, napisał/a:
Super! Brawo dziewczyny! Widać po zdjęciach że naprawdę dobrze wam się biegło!
Ula, 2011-11-16 10:27:19, napisał/a:
Łucja, świetnie Wam poszło. Gratulacje! Dzięki za dopingowanie nas na mecie ;) A czytając relację poczułam swoje własne emocje, gdy drugiego dnia próbowaliśmy się urywać kolejnym zespołom - co w końcu się udało :)
bikergonia, 2011-11-16 11:09:34, napisał/a:
Dziewczyny gratuluję świetnego występu. :)
Gratki dla duetu męskiego i mixa
Basia, 2011-11-16 18:58:58, napisał/a:
Łucja nie chciała napisać wprost, że przez cały wyjazd nie posługiwałam się ani razu kompasem :)
Darek P, 2011-11-17 20:36:29, napisał/a:
Brawo ! Prawdziwa wola walki i w dodatku z uśmiechem na twarzy.
Skomentuj ten wpis!


postami.






