DyMnO 2011 – trasa E – ANALIZA
Przepraszam, że tak późno publikuję jakąś relację – nie mogłem do tego usiąść wcześniej. Mój opis będzie mniej nastawiony na dzielenie się wrażeniami przyrodniczymi, a raczej chcę się skupić na analizie tego, co się działo na trasie. W każdym razie nizinna Polska jest PIĘKNA. Mieliśmy kapitalną pogodę, więc mogliśmy delektować nadbużańskim krajobrazem w promieniach słońca. Ach! Dumny (dymny) jestem z tej polskiej krainy.
Dobra, to by było na tyle z opisów wrażeń przyrodniczych.
Przed rajdem
Ogólnym założeniem na rajd było poćwiczenie biegania na orientację (jak wiecie zależy mi na tym ostatnio) oraz zaliczenie etapu kajakowego (w zeszłym roku ponoć był arcyciekawy!). Jako, że w tym sezonie w ogóle nie jeździłem na rowerze (20-30km w tygodniu poprzedzającym DyMnO) to z rezerwą podchodziłem do etapu rowerowego. Traktowałem go jako zło konieczne (czyli np. środek transportu na etap kajakowy). Zawody planowaliśmy z założeniem „nic nie musimy”, a na rowerze robimy ile nam pasuje i ile mi sił wystarcza - potem popływamy sobie kajakiem, a etap pieszy ma być priorytetowy, bo chodzi o ucztę nawigacyjną. Tata oczywiście nie miał tylu obaw, co do swojej formy rowerowej i nastawiał się, że „wyjdzie jak wyjdzie”, czyli LUZ.
Dzień przed startem
Na rajd wybraliśmy się w piątek, noc przedrajdową spaliśmy na działce u taty Stasia, oddalonej o 20 min. jazdy od bazy zawodów. To był dobry trik – jestem przekonany, że na zbiorowej sali nie wypoczęlibyśmy zbytnio. Chociaż i tu nie było dużo spania, bo tata postawił na swoim i budzik po raz pierwszy zadzwonił o 5:00…
Nocowanie poza bazą wiązało się odpuszczeniem odprawy – jak widać da się pominąć ten element, jakoś daliśmy radę na całej trasie. W bazie byliśmy o 6:30 i jak zwykle w pośpiechu robiliśmy ostatnie przygotowania. Jak się okazało od 6:50 wydawali mapy, na rynku pojawiłem się (sam) około 6:55, ale tata dojechał chwilkę później i już razem zdecydowaliśmy jaki wariant wybieramy.
Ruszyliśmy o 7:05
Etap rowerowy miał 14PK na dwóch mapach formatu A3 (1:50 000) + dodatkowym arkuszu z wycinkami okolic PK w skali 1:25 000 – dwa razy liczyłem te wszystkie kółka, bo w pierwszej chwili nie mogłem ogarnąć całej papierologii. Jednym z PK był etap kajakowy (czynny w godzinach 10:30-18:00). Wstępnie myślałem, żeby go umieszczać w środku, ale nie specjalnie było jak, więc nie mieliśmy wyboru – musieliśmy zagarnąć wcześniej wszystko (błąd nr 1) i dopiero jechać na kajak.
Nasza kolejność zdobywania PK: 21, 20, 3, 4, 5, 12, 6, 11, 7, 10, OS, 24, 25, 23, 22.
Szczególnie dumny jestem przejazdu pomiędzy PK4 i PK5. Naprawdę te przecinki, które były na mapie, nie były specjalnie wyraźne w lesie, a trzeba było trochę po nich kluczyć, bo nie było prostego wariantu – łatwo było o błąd. Mi udało się wszystko idealnie bez najmniejszego błądzenia, co mnie mocno podbudowało! Nie wszystkim udało się znaleźć PK5.
Analiza etapu rowerowego
W sumie do kajaku jechaliśmy 8 godzin i nabiliśmy 94km (z teoretycznych 90km całego etapu). Na końcu miałem już mocno dość siedzenia na rowerze – bolały plecy, kark i tyłek. Widać było, że nie jeździłem w tym sezonie. Średnie tętno 145bps (73% HRmax).
Na postawie tracku GPS wiem, że straciliśmy:
- 6 min. na wariancie po PK20
=> wybrałem wariant na skuchę zapominając, że z rowerem nawiguje się ciut inaczej,
5 min. głupio jadąc o przecinkę za wcześnie na PK3 - => nie zauważyłem wyrwy ze skarpą zaznaczonej na wycinku 1:25 000 – jakbym się zorientował to byśmy tam nie skręcili,
- 10 min. szukając PK7 na wydmie za wcześnie
=> dekoncentracja i zgubienie dokładnie miejsca gdzie jestem na mapie.
Moim zdaniem naprawdę nieźle! Ale!
Nie wiem jak to się stało, ale nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę jakiś punkt odpuścić. A jak pokazały nasze późniejsze przygody na etapie pieszym to chyba warto było zaoszczędzić trochę czasu na rowerach. Na drugim i trzecim miejscu na mecie były zespoły z karami czasowymi z etapu rowerowego. Jak mnie, jadącemu na DyMnO pełnemu obaw co do rowerowej formy, nie przyszło do głowy, żeby coś odpuścić na tym etapie…?! Zdecydowanie nie doceniałem trudności etapu pieszego – myślałem, że go dmuchniemy w 3-4 godziny (eeeeh…).
Kajaki dla intelektualistów
Tak z różnych relacji kojarzyły mi się etapy kajakowe z DyMnO. Wiedziałem, że będzie trzeba jakoś sprytnie wykombinować przenoski, by nie pływać pod prąd. Do targania kajaka byliśmy przygotowani – mieliśmy zestaw taśm alpinistycznych (dzięki Arus!). Zabaw się i wybierz kolejność zdobywania PK – mapa jest TU.
My, nie zastanawiając się jakoś wybitnie długo postanowiliśmy podpłynąć po jeziorku, a potem przeciągnąć kajak do PK G. Troszkę się przy tym spociliśmy… i mieliśmy czas na przemyślenia. Niestety w pół drogi zorientowałem się, że nie jest to optymalny wariant. Trzeba było popłynąć do PK A i B, tam przeciągnąć kajak do G i dalej znów płynąc z prądem. Trudno – może za rok nam się uda.
Przygody mieliśmy (miałem) przy PK A i B, które podbijałem na nogach, tzn. tata został w kajaku, a ja śmignąłem po punkty. PK A wymagał trochę balansowania na jakichś kłodach, ale nie trzeba było się zbytnio moczyć. Natomiast przygodę miałem na punkcie B. Po pierwsze błędnie wypatrzyłem koniec jeziora na zdjęciu i PK szukałem w złym miejscu. Jak już mnie oświeciło i znalazłem punkt to uświadomiłem sobie, że ten PK jednak powinienem podbijać z kajaka… bo wisi na najdalszej gałęzi powalonego w jeziorko drzewa… Nie zastanawiając się długo postanowiłem trochę się schłodzić w wodzie… Fajne są takie rajdy, gdzie takie Zadania Specjalne wynikają z urozmaicenia trasy, a nie są wymuszone w jakiś sposób. Super!
Odnośnie analizy to jeszcze z dzisiejszej perspektywy widzę, że mogliśmy zacząć etap od zrobienia PK F i OSu kajakowego – to zaoszczędzilibyśmy dosłownie kilkaset metrów i kilka minut. Wtedy też całość wychodzi w 9,5km, o których pisał budowniczy trasy.
Nasz kajak to 10km + ok. 2 km biegiem, w sumie 2h45. Z pierwszej godziny (wraz z przepakiem) średnie tętno = 136 bps.
Etap pieszy
Z kajaka mieliśmy ok. 7 km do bazy, wraz z przepakiem po kajaku i przed trekkingiem zajęło to nam 0h45. Nasz luz było widać, że nie spinaliśmy się tak w strefach zmian.
Dostępne mapy: BnO 1 | BnO 2 | Zadanie Specjalne
Mapy – znów plik papierów. Trzy mapy + ortofotomapa z ZS (ta sama mini pustynia, co OS na rowerze). Wybiegamy na BnO1 – coś mi mapa nie gra, jakoś nie mogę się wczuć… koncentracja ucieka. Nie! To nie koncentracja! To źle przeczytałem skalę – nie jest 1:33 333 tylko 1:13 333! Duża różnica – teraz już wiem czemu tak szybko nam mapa z pod nóg uciekała. Wybieramy kolejność: B, A, D, C, E, H, K, L, J, M, N. PK G zostawiamy sobie na koniec, żeby go zgarnąć wracając będąc na drugim etapie BnO (na innej mapie). Chwilę szukamy jedynie PK M, tracimy tam aż 14 minut, bo jakoś nie możemy znaleźć mini przecinki, o którą chodzi. Łażę w tę i z powrotem, wyliczam metry… W końcu tata znajduje lampion.
Wchodzimy na drugą mapę – klasyk na starej mapie. Jest już zachód słońca – chcę jeszcze chociaż pierwszy PK zrobić za dnia. PK 1 znajdujemy bez większego problemu. PK 2 już szukamy z latarkami. Potem biegniemy po dobrych drogach długi przelot – nadkładamy 500m dobiegając do Ukazów. Trudno – 3 czy 4 minuty w plecy. Na asfalcie robimy sobie prawdziwe bieganie. Jeden z km na tracku wyszedł nam 6:13/km – może być, zważywszy, że to 16ta godzinę napierania. PK 8 bez przygód, potem idziemy beznadziejną zalaną wodą droga na skraju lasu i pola. Namierzamy się na PK 9. Nie za dużo będę mówił - zobaczcie na obrazek. Zabrakło 40m!!! Droga, którą myślałem, że idę (a może tam jakaś była?!) to było jedno wielkie rozlewisko – brodziliśmy w wodzie do pół łydki. Tata nie był przekonany do tego sposobu dojścia i trochę psioczył idąc
gdzieś z tyłu… Jak wyszliśmy na drogę to nie zorietowaliśmy się, że to może być ta „nasza” przecinka. Eh, błąd nr 2. No i 20 minut szukania poszło w błoto.Po wycofie z 9tki – obaj mamy dość tego łażenia po wodzie (i na skraju lasu/pola i potem w okolicach PK). Idziemy zrobić łatwy OS czy też ZS – mamy do odszukania trzy PK na podstawie zdjęcia lotniczego.
Główne przygody zaczynają się na BnO2. Na pierwszym PK O spotykamy Stryki-Byki - fajnie kogoś spotkać, bo cały rajd napieramy sami. Potem chcemy lecieć na S, T, P, U, R, G, W, X, Y, Z – „przecież cały ten etap ma 7,5km - to robi się w jakąś godzinę!!!”. Taka była wtedy ogólna koncepcja, ale chyba nie była to realna ocena (z czego nie zdawałem sobie sprawy), bo do limitu czasu mieliśmy 1,5h.
Niestety PK S szukamy chwilę nie na tej krawędzi kultur (tracimy 5-10 minut); ja jestem już zmęczony, na PK nawet leżymy chwilę i decydujemy, że nie musimy robić wszystkim PK, bo nam się „nie chce” – teraz celujemy w T, X, Y, Z – te są blisko. Panuje ogóle rozprężenie. Chociaż jak się ruszamy to sportowa zaciętość nie odpuszcza i zaczynam wyliczać ile musimy zrobić PK, by na pewno być przed Stryki-Byki. Oni nie zrobili całego klasyka (czyli liczę, że mają 4h kary). Uświadamiam sobie, z jeśli zrobimy jeszcze tylko cztery PK to będziemy mieli 4h kary – czyli tyle co oni, a oni będą wcześniej na mecie. W takim razie ruszamy z kopyta. W międzyczasie zrobiło się późno – mamy niecałą godzinę. Postanawiamy dołożyć jeszcze PK U – tak też robimy.
Punkty T i U wchodzą bez większych problemów – panuje ogólny spręż. Biegnę na X, szybko nawiguję i skracam sobie idąc wzdłuż krawędzi lasu i „żółtego”. Tata się trochę gubi na tym manewrze – ja macham na to ręką, bo przecież zaraz wejdę na drogę, a z drogi zaraz w dołku jest PK. Atakuję i idę coraz wolniej, wolniej, wolniej… patrzę na mapę… grrr… nie znalazłem go. Rozglądam się dookoła – „nie ma go!”. Tata idzie równolegle z lewej też nic nie widzi. Wydaje mi się, że już za głęboko weszliśmy w las, teren mocno opada – „to chyba już za daleko” (od punktu znów jestem oddalony o 40 metrów). Wracam namierzyć się jeszcze raz, dokładnie i powoli. Proszę „Pana światło” (tata ma Myo RXP), żeby mocno świecił i oświetlał rzeźbę, bo ta powinna nas naprowadzić. Niestety baterie już odmówiły współpracy i musze świecić sobie sam. Namierzam się od dołka na otwartym terenie, kierunek mam dobry, ale za wcześnie wchodzę w las – wydaje mi się, że idę za daleko, ciężko mi w ciemności określić odległość – mam problemy z rozszyfrowaniem kształtu rzeźby. Szkoda, że PK nie mają odblasków… Czas nas goni, tracimy tu 17 minut i sporo werwy. Odpuszczam. Lecimy biegiem dalej. Nie specjalnie wiem gdzie jesteśmy. Wydaje mi się, że możemy jeszcze przelotem zaatakować na PK U, ale wypadamy w dziwnym miejscu, przy wielkiej wycince o dziwnym kształcie. Po chwili widzę takie miejsce na mapie – „uff – wiem którędy do bazy”. Biegniemy szybko (tempo 6’00”), do limitu mamy ok. 20 minut. Nawiguję dokładnie, by znów się nie pomylić – jestem wściekły za porażkę na poprzednim PK. Dobiegamy już prawie do końca. Straciłem rachubę licząc przecinki na ostatniej prostej przed PK Z. Jak dobiegam do takiej, która nie ma dalej na wprost zaczynam atakować na PK – „cholera znów niego nie mogę znaleźć!”. Presja czasu, biegam jak w amoku. „Aaaa! Muszę go znaleźć – co się ze mną dzieje?! Tak świetnie nawigowałem na rowerze, a teraz?!”. Po drugiej próbie odpuszczam, bo musimy zdążyć na metę (w sumie na szukanie przeznaczyłem 5 min.). Tatę wysłałem w kierunku bazy – teraz się z nim echolokuję, bo straciłem orientację. Jest asfalt. Biegniemy do mety. Ja z przodu, tata z tyłu. Orientuję się, że szukałem w złym miejscu, bo dopiero po chwili dochodzi droga, przy której powinniśmy wyjść z lasu. Cholera! Do bazy mamy 700 metrów. Na metę wbiegamy 00:59 jak ktoś odlicza już sekundy do końca zawodów. Eeeeh.Na piechotę nabiliśmy 36 km, czyli więcej niż miała mieć całość (nie wiem jak to się stało!). Na trasie etapu pieszego zamiast planowanych 3 czy 4 godzin spędziliśmy 6h29!!! Grrr! A to przecież miał być priorytet?!
PS
Jak teraz patrzę na nasz track nałożony na mapę do BnO – jej, przecież tam jest tak blisko od punktu do punktu. Wystarczyło kawałek dalej pobiec i mogliśmy mieć inny PK. Naprawdę musiałem być zmęczony poprzednimi etapami, że tak sobie odpuściliśmy i wlekliśmy się na tym ostatnim BnO – przecież to 7,5km! Masakra! Może to być efekt tego, że w tym sezonie nie trenuję specjalnie wytrzymałości i naprawdę byłem „wypruty” (co widać trochę na zdjęciu). A może nie trenowanie roweru i zrobienie 100km na zawodach tak mnie wymęczyło…? Sam nie wiem.Podsumowanie
Zrobiliśmy 200% normy - 4 miejsce nas bardzo cieszy. Z luźnego wyjazdu na ciekawy rajd zrobiło się ściganie i walka o podium. Było bardzo fajnie, chociaż rower dał mi w kość. Na trekkingu też byłem dość mocno umęczony i przestało mi się podobać (szczególnie te niekończące się rozlewiska). Ale teraz już o tym uczuciu zapomniałem i nie mogę doczekać się kolejnej przygody. Jedyne co nadal mocno pamiętam to ta nocna nawigacja…
Fotografie nr 1 i 2: niezawodny Piotr Silniewicz, www.silne-studio.pl
Napisał/a: Janek, 2011-05-23 12:27:20 komentarze (8) || skomentuj
Maciej, 2011-05-23 13:49:47, napisał/a:
Dwa grosze ode mnie.
1. Janek świetnie nawiguje. Chciałbym tak szybko ogarniać mapę jak on zwłaszcza na rowerze. Doświadczenie pracy z mapą, ocena odległości w terenie i czytanie rzeźby + dobry wzrok jednak pomagają.
2. Mapę starałem sie kontrolować i raz czy dwa moje sugestie były trafne.
3. Kondycyjnie dałem radę bardzo dobrze. Tak się oceniam. Nie spowalniałem tempa przemieszczania się. Przepaki też szły sprawnie – bez ociagania się.
4. Wariant kajakowy był moim zdaniem prawie optymalny. Nie jestem pewien czy przenoska z PB B and PK G byłaby łatwiejsza ? I płynięcie pod prąd z F do A?
5. Na nocne etapy trzeba mieć mocne światło i zapas prądu. Fajnie byłoby mieć super lampę świecącą dalekoooooo.
6. Na metę warto wpadać z zapasem czasu. Jedna sekunda spóźnienia i jest się poza klasyfikacją. Lepiej odpuścić PK na trasie niż zaliczyć ten ostatni PK i nie zdążyć na metę na czas.
7. Czas na trasie płynął szybko. Etap rowerowy minął błyskawicznie.
8. Pogoda była idealna na zawody.
Janek, 2011-05-23 14:00:50, napisał/a:
Na kajaku najpierw F, potem OS, potem tak jak popłyneliśmy do końca jeziora, przenoska i dopiero (z prądem) w kierunku PK A.
A mi koniec roweru dłużył się niemiłosiernie. ;)
Arek, 2011-05-23 18:54:43, napisał/a:
Super relacja. Widać walkę, widać jak to wygląda gdy jest noc, zmęczenie i punkt kontrolny (którego jednak nie ma)
Nie chwaląc się dodam, że nam kajaki wyszły 8,5km, czas 1:40. A nie chwalę się, bo chwalę Konrada. To on był autorem koncepcji, mi przyszło tylko otworzyć usta i rzec "wow! genialne!" :)
Janek, 2011-05-23 21:47:56, napisał/a:
Pochwal się! Tzn. pochwal Konrada bardziej szczegółowo. :)
Darek P, 2011-05-24 00:05:58, napisał/a:
Ciekawa relacja. Bno 1, 2 i klasyk widać były takie same jak na trasie pieszej A. Porównując nasze wybrane warianty bno 1,2 widać, że były one kompletnie różne. Na klasyku też mieliśmy problem z 9 - dwa razy atakowaliśmy punkt od drogi, w którą również weszliście i się wycofaliście. Za pierwszym razem chmary komarów (dosłownie oblepiające całe ciało) nie dały czasu na spokojne zastanowienie się wobec czego postanowiliśmy uciec z lasu, aby móc w miarę spokojnie skonsultować mapę z naszym położeniem. Jak uzyskaliśmy pewność że to dobra droga to ruszyliśmy biegiem dobiegając już bez problemu do 9. Dymno to mój ulubiony rajd - zawsze jest ciekawie a podstawą jest nietrywialna nawigacja.
Janek, 2011-05-25 15:39:44, napisał/a:
Darek. My tą drogą wracaliśmy, w kierunku PK szliśmy przez te moczary (zresztą oznaczone ma mapie)... gdybym załapał, że to jest TA droga... ehh.
Arek, 2011-05-25 21:41:34, napisał/a:
Kajakowy koncept Konrada:
F; OS; od razu po OS przez łąkę - weszliśmy na Bug trochę powyżej K; A; B; przez łąkę do G ; i z nurtem G ; D ; C ; R ; S ; K ; L ; E
do "A" też trochę na skróty po łące
Pozdrawiam Arek
Janek, 2011-05-26 12:33:54, napisał/a:
Pięknie! Pięknie! Ja wzorem Konrada "Bizona" Wtulicha już zacząłem robić ćwiczenia na klatę, by tak jak on ciągać kajaki z lekkością i gracją. ;)
Skomentuj ten wpis!


postami.






