Ściganie z chłopakami jest fajne. Ogarniają mapę, wiedzą gdzie biec i jeszcze potrafią na holu wciągnąć pod większą górkę, ale… raczej nie mam pojęcia gdzie biegnę, na mapę ledwo spojrzę, bo koncentruje się na tym, żeby złapać kolejny haust powietrza, a na dodatek czuję się tym słabszym ogniwem w zespole.
Tym razem było inaczej. Wystartowałam na GEZnO w kategorii KK, a więc trochę krótsza trasa niż MIX i zadebiutowałam jako nawigator zespołu. Z Basią zdecydowałyśmy się na start na jakiś tydzień przed imprezą, tylko ogólnie znając swoje możliwości. Ona wiedziała, że ja już w GEZnO wcześniej startowałam, ja wiedziałam, że na treningach w ERGO Basia biega trasy z podbiegami. Wyglądało to dobrze, a wyszło znakomicie.
Pierwszy dzień zaczął się konkretnym mrozem (-8 stopni), pięknym słońcem, mgłami w dolinach i… wpadką nawigacyjną tuż za startem. Człowiek – zwierzę mimo wszystko stadne, poleciało za tłumem, ale w zupełnie inną stronę niż trzeba było. W sobotę trasa dla kobiet obejmowała około 22km (choć szykowałyśmy się na jakieś 15, zgodnie z informacjami na stronie zawodów). Tego dnia punkty były scorelafem, czyli można je było zaliczać w dowolnej kolejności. Wybrałyśmy zaliczanie punktów zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara i trzeba przyznać, że punkty wchodziły nam jeden po drugim (chyba już mogę sobie na stronie napieraj w profilu wpisać „potrafię dobrze wykonać zaplanowany wariant”?). Przepiękne widoki, dobra pogoda do biegania, lekko zmrożona gleba i bardzo dokładna mapa. Trasa tak naprawdę mogła być nawet dłuższa, bo chętnie byśmy podziwiały Pieniny czy Tatry przy pełnym słońcu jeszcze przez kolejne trzy godziny.

Powolutku klarował się nam też podział ról w zespole, Basia świetnie radziła sobie biegowo, aż zaczęłam jej „oddawać” zadania – już od startu Basia pilnowała opisów punktów, przy 5 punkcie to ona podbijała kartę dając mi chwilę na spojrzenie w mapę. I tak w miłej atmosferze, troszkę spiesząc się, ze wszystkimi punktami wpadłyśmy na metę po 6h i 25 minutach. Jakie było nasze zdziwienie po wynikach. Do 4 zespołu traciłyśmy dwie minuty, a przecież wcale ich na trasie nie widziałyśmy. Nie było bezpośredniej rywalizacji, zwłaszcza że dziewczyny przyjęły inną taktykę i zrezygnowały z jednego punktu na rzecz 30 minutowej kary czasowej.

I tak, drugiego dnia startowałyśmy z mocnym postanowieniem nadrobienia tych zaledwie, a czasem wydawało się nam aż dwóch minut. Niestety łatwo nie było. Drugiego dnia startowałyśmy ze startu wspólnego i w dodatku na trasie z ustaloną kolejnością zdobywania punktów. Szanse na zdobycie przewagi były małe, gdyż razem z dziewczynami z TRAILteam (Ula i Asia) widziałyśmy się praktycznie na każdym punkcie, a obecność innego zespołu w zasięgu wzroku tylko motywowała do szybszego biegu.
Na pierwszym punkcie byłyśmy jakieś 50 metrów za dziewczynami, ale już na szczycie kolejnej góry spotkałyśmy się i zbiegałyśmy we czwórkę. Przy drugim punkcie, małe zamieszanie zdekoncentrowało mnie do tego stopnia, że dałam się zwieść i zamiast iść swoim wariantem zasugerowałam się powrotem dziewczyn (a Basia powtarzała, Łucja nie sugeruj się nimi!). I tak Ula i Asia podbiły punkt na przecięciu strumieni jako pierwsze, ale nam za to wyszło lepiej przedzieranie się przez krzaki i... spotkałyśmy się na długiej prostej do kolejnego punktu. I tak raz jako pierwsze, raz jako drugie szłyśmy na kolejne 4 punkty. Co ciekawe, z punktów zwykle wychodziłyśmy innymi wariantami i spotykałyśmy się na przebiegach, w rezultacie biegnąc ramię w ramię. Ciekawiej zrobiło się na przedostatnim punkcie. Wydawało się nam, że jesteśmy pierwsze (co w końcu nie okazało się prawdą). Żeby nie dać się zauważyć zbiegałyśmy z górki po krzaczorach zamiast po ścieżce, ale czego się nie robi, żeby zdobyć dwuminutową przewagę. Wariant na ostatni, siódmy punkt okazał się kluczowy. My pobiegłyśmy przez pola, po raz kolejny rozkoszując się przepiękną pogodą, widokami i radością z biegania. Z ostatniej górki już był sprint do mety, taki ostatni zryw przed metą w nadziei, że może jednak udało się. Hurrra, meldujemy się na mecie jako czwarty zespół, o to chodziło! Mija minuta (z tych naszych cennych dwóch, o które walczyłyśmy), wychodzimy rozprężone z bazy, a tam dziewczyny pędzą na metę! No nie, co teraz?! Spedzając na trasie 9h i 48 minut w przeciągu dwóch dni, na sam koniec wyprzedzamy TRAILteam o 1 minutę. Co za emocje! Dziewczyny, wielkie dzięki za naprawdę fajne sportowe wyzwanie!

Basia następnego dnia napisała „Wszystko mnie boli, ale czuję się świetnie. To bardzo dobry stan. To co, za rok łamiemy trasę o godzinę krócej?”, Pewnie, że tak. Trzeba wreszcie pościgać się o podium :)
Mapy:
Zdjęcia: Piotr Silniewicz, silne-studio.pl oraz Paweł Banaszkiewicz.
Napisał/a: Łucja, 2011-11-15 23:18:34 komentarze (5) || skomentuj
Shin splinty trochę mnie przygniotły i tak jak pisałem, postanowiłem wrzucić na luz. W końcu jeśli mam biegać jeszcze parę (naście, a może dziesiąt?) lat to wolę teraz poświęcić półtora miesiąca na pełną regenerację, niż stracić cały nadchodzący sezon borykając się z niewyleczoną kontuzją. Tak, przyznam, że trochę jestem dumny z tej decyzji. Wydaje mi się odpowiedzialna ;-).
Odpuściłem bieganie, odpuściłem rower. Tzn. treningowo, bo na rowerze jeżdżę regularnie po mieście. Korzystam, póki słońce się uśmiecha. Siłowni w okolicy nie widziałem, prócz mordowni w piwnicy w bloku obok. Ale, póki nie znam autochtonów, chyba nie mam się tam co pokazywać. W tej sytuacji, nie pozostało nic innego jak poradzić sobie samemu.
Od czterech tygodni w miarę regularnie ćwiczę w domu. Siłę, propriocepcję i rozciągnięcie. I co raz bardziej mi się to podoba, bo widać efekty tych treningów. Nie mówię oczywiście o zwiększeniu obwodu w bicepsie albo uwidaczniającej się rzeźbie ;-). Ale długości wykonywania ćwiczeń statycznych lub ilości powtórzeń i serii. Myślę, że taki ogólny rozwój siłowy zaprocentuje we wszystkich dyscyplinach i przełoży się także na możliwości wytrzymałościowe.
Na prośbę Janka wrzucam listę ćwiczeń, które wykonuję. Oczywiście, nie robię wszystkich za każdym razem, a ilość serii i powtórzeń uzależniam od samopoczucia i dostępnego czasu. Ale w większości staram się wykonywać taką liczbę powtórzeń, żeby przy trzeciej serii już mocno bolało.
Ćwiczenia siłowe
- wspięcia na palce z wypchnięciem kostek - 3 serie po 20 powtórzeń
- ugięcia nogi w kolanie - 3 serie po 20-30 powtórzeń na każdą nogę
- przysiad - utrzymywanie się w pozycji przysiadu, kilka razy aż ból stanie się nieznośny; czasem dorzucam obciążenie (hantle 5 kg na ramiona) lub wykonuję ćwiczenia z hantlami w przysiadzie (wtedy mniej boli, bo myśli się o czym innym)
- wypady do przodu i tyłu - wykrok i ugięcie nogi do kąta 90 st. w kolanie
- unoszenie nogi typu skip A
- unoszenie nóg w siadzie prostym - po 20-25 uniesień każdej z nóg w serii
- unoszenie nogi w leżeniu bokiem - po 20 uniesień
- prostowanie nogi bokiem w klęku - to chyba skomplikowane do opisania; niemniej strasznie łoi pośladkowe...
- brzuchy - w dwóch odmianach: zwykłe i z nogami zgiętymi w kąty proste, opartymi na fotelu, czasem także ze skręcaniem ciała; po 50 w serii
- opuszczenie nóg leżąc - opuszczam nogi od pionu do kąta mniej więcej 60 stopni, żeby nie obciążać za bardzo kręgosłupa; po 20-25 w serii
- pompki - staram się w miarę w ramach programu 100pompek.pl
- podciągnięcia na drążku
- przysiady - ostatnio odkryłem przysiady - idealne ćwiczenie na siłę i wytrzymałość nóg!
- "deska" - czyli utrzymywanie się w górze, opierając się na ziemi tylko rękami i stopami; różne warianty - na wyprostowanych rękach, ręce zgięte w łokciach, bokiem
- zestaw ćwiczeń z hantlami na ręce i plecy - o wyboru do koloru, wystarczy pomachać ;-).
Ćwiczenia propriocepcji
- poduszka ortopedyczna - obecnie jestem na etapie stania na jednej nodze z zamkniętymi oczami i to jeszcze ćwiczę; robię krótkie serie po max 30 sekund; ćwiczenia na pro... mają być zawsze o jeden krok do przodu, żeby zawsze sprawiały trudność, bo tylko wtedy są rozwijające
- utrzymywanie się we wspięciu na palce - wykonuję wtedy inne proste ćwiczenia, kontroluję ich dokładność i jednocześnie próbuję utrzymać równowagę.
To chyba większość ćwiczeń, które robię w ramach domowej gimnastyki siłowej. Na pewno listę można znacznie rozwinąć. Może Wy robicie jakieś ciekawe ćwiczenia?
Napisał/a: Olek, 2011-10-09 19:44:17 komentarze (3) || skomentuj
Shin splints - studium przypadku, czyli o tym jak nie postępować z kontuzjami
Faza I - geneza
W drugim tygodniu sierpnia byliśmy w Krynicy. W środku wyjazdu byliśmy w Tatrach Słowackich. Dobrze pamiętam jak pod koniec tego wyjścia pytałem ekipę jak im się chodziło w niskich butach i sam opowiadałem się za minimalistycznym obuwiem nawet w wysokich górach. W końcu "po co nosić takie ciężary na stopach"? Okazuje się, że jednak warto.
Ból pojawił się chyba następnego dnia rano. Ale przecież już nieraz mnie coś bolało i nie był to powód do obaw, więc zignorowałem go i popołudniu zaordynowałem sobie 14 km po krynickiej okolicy. Noga bolała, ale przecież trzeba twardym być, ale przecież zaraz przejdzie, ale przecież nie ma się czym przejmować, ale przecież... Rower następnego dnia tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Nieważne, że to zupełnie inne obciążenia, ważne że nie bolało.
Faza II - dobicie
Warszawską rzeczywistość próbowałem obłaskawić podwójnym treningiem biegowym - rano 8.3 km i wieczorem 7.5 km z plecakiem. Przecież po tygodniu w górach jestem w świetnej formie, Maciek Więcek robi tak od zawsze, a Łasuch z On-Sightu na dailyMile co i rusz wrzuca dwa wpisy dziennie. Oni mogą, a ja nie dam rady? Ja nie dam rady?! Dałem, a jakże! Tylko do domu właściwie dokuśtykałem.
Faza III - oswajanie
Tak, czyli jednak coś się dzieje. Zaczyna to do mnie docierać, szczególnie kiedy schodzę po schodach i naprawdę mnie boli. Chyba nawet czas już coś przebąkiwać rodzicom, że noga jakaś bolesna. Ok - niech będzie. Ketonal w żelu, zimne prysznice i rower. Z bieganiem na razie koniec. Ból powoli mija, będzie dobrze.
Faza IV - testy
Po 9 dniach rowerowania i rozciągania wykonałem pierwszy test. 9 km, znów w górach, bo akurat byliśmy na Watrze w Beskidzie Śląskim. Ból wrócił gdzieś po 5 km, ale oczywiście zignorowałem go i zamiast wrócić idąc, dokończyłem pętlę biegiem. W końcu poddawanie się jest dla cieniasów.
Znów tydzień na rowerze i kolejny test - 7.2 km po bemowskiej trasie. Ból - wielki powrót. Prawie jak tytuł jakiegoś horroru.
Faza V - działanie
Idę do lekarza. Telefon do Ortorehu, wizyta u lekarza dwa dni później. Diagnoza brzmi już trochę znajomo - termin shin splints pojawił się m.in. na prezentacji dr Zdanowicz w Ergo. Wiem, że będę żył. Zalecenia - ograniczyć objętość biegową o połowę, nie rezygnować z roweru, pójść na fizjoterapię. Po kolejnych dwóch dniach znów jestem w Ortorehu - trafiam na fizjoterapię u Maćka Gogołka. Zaczynamy od głębokiego wywiadu - jak trenuję, co, dlaczego, w jakich butach, kiedy zaczął się ból, jak przebiegała kontuzja etc. Czuję się naprawdę dobrze wysłuchany i zrozumiany - super! Shin splints, czyli zapalenie przeciążonych zaczepów mięśnia płaszczkowatego (w moim przypadku), zostają potwierdzone. Miejsce stanu zapalnego jest dobrze wyczuwalne. Zalecenia - nie biegać, nie jeździć, nie przeciążać powtarzalnym wysiłkiem, nie smarować maścią przeciwzapalną, a po dwóch tygodniach od ostatniego obciążenia powinno się zregenerować. Straciłem już 3 tygodnie treningu, pogodziłem że nie wystartuję w 50tce, więc jestem już zdeterminowany, żeby pozbyć się tej kontuzji - dwa tygodnie bez ruchu nie brzmią więc strasznie.
U Maćka jestem jeszcze raz, pięć dni później. Robi mi taki masaż, że czasem krzywię się z bólu. Nawet po 1.5 tygodnia bez wysiłku moja prawda łydka jest zmasakrowana - mięśnie są spięte, sztywne i obrzmiałe. Nawet lekki dotyk powoduje ból. Niesamowite!
Faza VI - wnioski
- w wysokich górach warto mieć sztywniejsze buty, które nie pozwolą na nadmierną pronację gdy stopy będą już zmęczone (przy chodzeniu);
- nie ignorować silnego bólu;
- stan zapalny można wyczuć i zdiagnozować we własnym zakresie;
- lecz warto czasem pójść do lekarza i pozwolić się zdiagnozować;
- a najlepiej od razu uderzyć do fizjoterapeuty - odniosłem wrażenie, że on wiedział więcej od lekarza na temat mojego schorzenia i terapii;
- nie przesadzać z treningiem i zadbać o lepszą regenerację.
Po przerwie byłem już na jednym treningu. Po 4.5 km było całkiem dobrze, choć pod koniec trochę inaczej czułem prawą nogę niż lewą. Dlatego kończę sezon - robię miesiąc albo półtora przerwy. Będę chodził na basen i robił gimnastykę siłową i rozciągającą.
Napisał/a: Olek, 2011-09-19 23:15:54 komentarze (4) || skomentuj
Krynicka odyseja Niezłej Korby
Podsumowanie - statystki z movescount.com:



Dzień 8. - 14/08/2011 - NK ...
Dzień 7. - 13/08/2011 - NK ...
Dzień 6. - 12/08/2011 - NK ...
Dzień 5. - 11/08/2011 - NK na szlaku granicznym
Tradycyjnie dzień rozpoczęliśmy od śniadania. Należy wspomnieć, że nasza gospodyni co dzień zaskakuje nas jakimś ciepłym dodatkiem do śniadania. Dziś były kotlety mielone, ale w kształcie placków ziemniaczanych. Jak do tej pory hitem były wczorajsze naleśniki.
Po dniu przerwy od rowerów zebranie się do wyjścia zajęło nam trochę więcej czasu niż zwykle. Rowery przed garażem stały dobrze po 10, ale pozostała jeszcze drobna wymiana klocków hamulcowych u mnie w rowerze. Drobna, ale jak emocjonująca! Trzeba było odkręcić wszystko, ale na szczęście hamulec na zjazdach nie wydaje już potwornych jęków.
Na początek, wyjechaliśmy asfaltowym żółtym szlakiem na Jakubik, oczywiście do góry. Po zjeździe na szlak czerwony zaczął się najpiękniejszy fragment trasy - jechaliśmy przez łąki, pagórki. Nawet mijaliśmy kwitnące wrzosy po drodze. Dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie w Izbach, gdzie zajadając drożdżówki na przemian z lodami i popijając Wysowiankę Lemon, cieszyliśmy się z pięknego słońca.
Jeszcze większą frajdę sprawił nam wjazd żółtym szlakiem na Okopy Konfederatów Barskich, jak również dalszy przejazd szlakiem granicznym, aż do słupka 276.1, gdzie skręciliśmy już w kierunku domu. Droga była przepiękna - mnóstwo podjazdów, zjazdów, piękny bukowy las i co jakiś czas widokówkowy pejzaż ukazujący się między drzewami. Zjazd z powrotem do Tylicza okazał się z kolei nie lada przygodą. Poszukując nowego niebieskiego szlaku Pułaskiego udało się nam dojść do końca ścieżki, a raczej miejsca, gdzie jej już dalej nie było. Aby nie tracić wysokości cofając się do punktu wyjścia, postanowiliśmy iść dalej w górę. Rozdzieliliśmy się na dwie ekipy, które pchając lub nosząc rowery wspinały się kolejne metry licząc, że trafią na jakąś drogę.
Natka, Janek i ja wybraliśmy Adventure. Znajdowaliśmy raz po raz kolejne ścieżki, żadna jednak nie była szlakiem. Za to doszliśmy do takich miejsc, których grzybiarze na pewno by nam zazdrościli. Cała polanka dużych, dorodnych kurek - jaka szkoda, że nie mamy w naszej willi jak ich przyrządzić! Koniec końców, po zwiedzaniu jarów i miejscowych okopów trafiliśmy na trochę szerszą drogę - miejsce zwózki drzew. W coraz większym błocie, które swoje apogeum miało tuż przed naszym upragnionym asfaltem, udało się nam wydostać na właściwą górę, skąd do Węgierskiej Korony było tylko jakieś 5 minut naprawdę szybkiego zjazdu. A w Koronie dzisiejsza promocja to sałatka włoska i zupa jarzynowa za 12 zł. Mniam.
Mimo, że dzień należał raczej do lekkich (w końcu to tylko 42 km i jakieś 1300 m przewyższenia) to w pełni zasłużyliśmy na kilka łyków uzdrawiających wód z Krynicy oraz gofry bez VAT.
Teraz idziemy już spać, aby zdołać wstać jutro o 6.00 i pojechać w Tatry Słowackie. Ahoj!
Łucja
Dzień 4. - 10/08/2011 - NK i dzień odpoczynku (od wody zdrojowej)
Dziś dzień restu, choć dla niektórych ten odpoczynek był całkiem ciężki ze względu na jazdę samochodem po górskich zakrętach.
Rankiem podwoje swoje otworzyło ponownie Centrum Diagnostyki Ruchomości Stawów Stóp im. Jana Kasei i udało nam się zrobić zdjęcia naszych stóp we wszystkich możliwych zgięciach, w biegu boso jak i w butach. Wyniki naszych dogłębnych badań już wkrótce będzie można obejrzeć na stronie. Tak jak w populacji, nasza pięcio-osobowa póba statystyczna wykazała, że są tacy co biegają ze śródstopia, jak i z pięty, a średnia jest gdzies pomiędzy.
W planach na ten dzień była naprawa rowerów jak i komputera. Janek wymienił swoją tylną przerzutkę w sklepie w Nowym Sączu na nową piękną SLX.
Poza tym wieczorem byliśmy trochę biegać w trzech podgrupach. Ah! Super te góry!
ŁucJan
Dzień 3. - 9/08/2011 - NK i Zgórmysyn(y)
Ranek przywitał nas rześkim powietrzem i pełnym zachmurzeniem. Jednak już w czasie śniadania aura kompletnie się odmieniła i zza pięknych cumulusów uśmiechało się do nas zapraszająco słońce.
Śniadanie zostało zdominowane przez lekko mrukliwą dyskusję na dobrze znany temat - co dziś robimy? Pomysłów jak zawsze wiele, ochoty jak zawsze za dużo, co tu wybrać?
Po posiłku ustawiliśmy na szybko Centrum Diagnostyki Ruchomości Stawów Stóp im. Jana Kasei i wykonaliśmy pierwsze fotografie, które pozwolą nam zostać lepszymi biegaczami. Jak? Tego jeszcze nie wiemy. Po prawdzie, nie wiemy nawet czy zdjęcia zostały poprawnie zrobione.
Dziś dla odmiany poszliśmy na rower. Rano umówiliśmy się z Tomkiem Bergierem ze Zgórmysynów na wspólną jazdę, dlatego wystroiliśmy się w, lekko już śmierdzące acz nadal homogeniczne, koszulki teamowe i o 1030 spotkaliśmy się na deptaku.
Dość syty podjazd doprowadził nas na szczyt Jaworzyny Krynickiej, a następnie szlakiem graniowym na Runek i Halę Łabowską. Tu spotkał nas wielki zawód - nie było szarlotki. Dziewczyny z okienka zaoferowały się, że ciasto zrobią, ale musimy wcześniej zadzwonić. Chwilę później Janek chował numer telefonu, a Tomek zachwycał się tempem jankowego bajeru. Z braku słodkich wypieków wybawiły nas równie słodkie naleśniki, po opędzlowaniu których udaliśmy się w powrotną stronę.
Nasz wariant nawigacyjny okazał się prawie dobry, niemniej i tak skończyliśmy na szlaku na Runek. Stamtąd, prawie cały czas zjeżdżając, przy wtórze narzekań na rozpadający się sprzęt, dotarliśmy do Krynicy. Jutro jakiś sklep rowerowy w Nowym Sączu chyba na nas zarobi.
Po obiedzie w Węgierskiej Koronie obowiązkowo delektowaliśmy się wodami. Tym razem był to Tadeusz, wajchę przełóż, co fetor rozsiewa, nie przymierzając, jak wyjęty z torfowiska but. Do tego trzeba go wypić w ciągu 20 minut, bo inaczej wytrącające się żelazo (Fe!) niszczy bidony marki Isostar (niektórzy autorzy twierdzą nawet, że jest to reakcja ciut wybuchowa). Na szczęście Janek podołał. W końcu jak nie on, to kto?
Popołudnie spędziliśmy na pracach domowych - myciu, czytaniu, leżeniu, zakupach. Niektórzy nawet udawali, że pracują.
Dziękujemy Tomkowi za miłą jazdę i gotowość do prowadzenia konwersacji nawet na ostrych podjazdach!
Olek
Dzień 2. - 8/08/2011 - NK na "Szlaku Mistrzów Szosowych".
Wzorem dnia 1, pobudka nastąpiła o 8, a śniadanie o 8.30. Dzisiaj nasza białoruska gospodyni zaserwowała nam parówki i surówkę z kapusty.
Wyjazd na trasę “Szlakiem Mistrzów Szosowych” nastąpił po 10.00. Przed nami był sam asfalt i 52 km trasy (Krynica-Krynica bez Góry Parkowej). Zapowiadana suma podjazdów: 780 m.
Przez Krzyżówkę (743 m n.p.m.), Kotów, Kamianną (drogi czytelniku: tu zobaczysz jak pszczoły robią miód i go kupisz), Polany, Berest (zwiedziliśmy cerkiewkę z pięknym ikonostasem), Piorunkę, górę Piorun (743 m n.p.m.), Mochnaczkę, Tylicz wróciliśmy do Krynicy.
Po drodze było parę długich zjazdów i parę długich podjazdów. Czyli to co NK lubi najbardziej.
Tradycyjnie obiad zjedliśmy w Węgierskiej Koronie. Tagliattele w sosie carbonara z RYDZAMI są przepyszne. Polecamy!!!
Po obiedzie, zaliczyliśmy leżakowanie na trawie przy restauracji, tak aby sadełko się zawiązało. A jak się zawiązało, to poprzez pijalnię Józefa (piękna, drewniania, gdzie z Jankiem “zatankowaliśmy” bidony ze zdrojów Jana i Józefa) i Górę Parkową (741 m n.p.m.), dotarliśmy do bazy.
Czyli dzisiaj zrobiliśmy ok. 60 km i ok. 1150 m w pionie.
Przed wejściem pod prysznic rozciągaliśmy zmęczone mięśnie aby przyspieszyć ich regenerację.
Uwaga 1.: Pogoda dopisała. Zaczęło mocno padać dopiero po dotarciu do bazy.
Uwaga 2.: Mojego z Jankiem upodobania do wód zdrojowych nasi współtowarzysze jakoś nie podzielają. Wniosek: nigdy wcześniej nie byli “u wód” i musza nabrać tego dobrego i zdrowego nawyku.
Uwaga 3.: Kończę tą rejacje bo czas na... kolację. Pa.
Maciej
Dzień 1. - 7/08/2011 - NK i "lajtowa przejażdżka"
Życie jest piękne. Świeci słońce, śniadanie o 8:30, o 10:00 ruszamy. Zaczyna się tak jak lubię najbardziej: puszczam klamki hamulców i szybko grawitacja rozpędza mnie do 50km/h. Tak! - mieszkamy na końcu stromej drogi. Po kilku sekundach testuję czy hamulce działają. Jesteśmy przy głównej ulicy. Yeah! Nieźle się zaczyna!
Potem pod górę w kierunku Tylicza, znów zjazdy, łzy z oczu, potem płasko z górki w tempie rekreacyjnym (34km/h), mijamy miejsce gdzie ś.p. Lepper wysypywał zboże, premia górska III kategorii (tata wygrywa) i dalej w kierunku Bacówki pod Wierchomlą - po drodze skończył się asfalt (zaczynamy terenową część tej przejażdżki). W Bacówce naleśniki, panorama, zdjęcia. Dalej pod gorę na Jaworzynę (nie ma tam nic ciekawego), po kamieniach szybko w dół, małe wywrotki z kąpielami błotnymi, asfaltem do Krynicy. Tam tradycyjnie Węgierska Korona (prażymy się na słońcu, gościu z gitarą przygrywa, ale dźwięki ze sceny na deptaku bardziej nas poruszają). Po kolei nie wytrzymujemy i przenosimy się na trawnik w cień - tam leżymy jak zdechli i oglądamy nadopiekuńczych rodziców nie pozwalających dzieciom hasać po całkiem bezpiecznym placu zabaw. Potem stajemy na deptaku - tata z Olkiem słuchają koncertu, a ja oprowadzam dziewczyny po pijalni. Potem z pełnymi brzuchami toczymy się pod górę do Słotwin (chcemy jeszcze coś dołożyć do dzisiejszej przejażdżki). Na podjeździe znów kapie mi pot z nosa na ramę - czuję, że żyję. Słońce ma już długie promienie, las jest super, droga stroma. Potem znów stroma i... stroma. W końcu jedziemy w dół. Potem obiecujemy dziewczynom, że już nie będzie pod górę. No i bardzo stromo to nie jest... Na koniec asfaltowy zjazd i... 200m mega stromej wspinaczki do domu. Ale było! Wcale nie lajtowo. 62km, 1550m podjazdu. Trochę się zmęczyłem, czuję mięśnie. Przy kolacji gadamy z Manią - czujemy się jakby siedziała obok nas. Over.
Janek
Zdjęcia z dnia pierwszego do zobaczenia na fb:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.202156256506283.58658.168297359892173&l=fcc7aff6aa&type=1
Dzień 0. - 6/08/2011 - NK w trasie...
Bez większych przygód docieramy na miejsce w dwóch rzutach. Natka, Olek i tata jechali dłużej, ale dotarli wcześniej. My z Łucją przyjechaliśmy szybciej, ale dotarliśmy później (ok. 23:00) - fenomen. ;) Mieszkamy w willi. Dokładniej rzecz biorąc to nam z Łucją w udziale przypadała jej piwnica (no może "półpiwnica"). Ale bez dramatu, reszta ekipy ma przynajmniej okno. Ogólnie szału nie ma - łazienka to nasze największe pomieszczenie. Po krótkiej celebracji ku czci wakacji szybko idziemy sapać - tzn. spać.
Napisał/a: Janek, 2011-08-07 21:50:04 komentarze (4) || skomentuj

Ścieżka coraz stromsza i bardziej śliska, błoto oblepiające buty ciąży jak kajdany. Słyszę łomot krwi w skroniach i swój pośpieszny oddech…
Większość z nas wiele słyszała o biegu Rzeźnika. Ja również już na początku swojego biegania natrafiłem na informacje o tej imprezie. Tak, tak, przyznaję, że już w ubiegłym roku zadawałem jednemu z doświadczonych biegaczy pytania na jej temat.
Wtedy usłyszałem rozsądne – „jeszcze za wcześnie”.
To chyba była dobra rada. Z perspektywy czasu widzę, jaki ogrom prac przygotowawczych udało się przez ten rok wykonać. Ten wysiłek plus doświadczenia, o których będzie później, pozwoliły nam w ubiegłym tygodniu z pewną swobodą zmierzyć się z tą legendarną trasą.
Oczywiście w „naszym wieku” nie mieliśmy zamiaru walczyć o super wyniki. W pierwszej próbie stawialiśmy sobie za cel zmieszczenie się w ustalonym limicie czasu i dotarcie na metę bez strat na ciele i umyśle. Chcę też podkreślić, że twórcą naszego małego sukcesu jest Andrzej Paterek. On pierwszy wysunął tę propozycję „nie do odrzucenia”. Stało się to około lutego i od tej pory mogliśmy już biegać mając wytknięty śmiały cel. Z pewnością pomagało nam to szczególnie w momentach, kiedy się nie chciało (a na pewno takie były). Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie udało się zrealizować planów na treningi biegowe w górach. Z pewną zazdrością i zgrozą czytaliśmy na forum o przyszłych „Rzeźnikach” biegających niczym kozice po górskich perciach. Nam pozostała Warszawa i okolice Olsztyna. Musieliśmy zaprzyjaźniać się z warszawską skarpą – ulice: Książęca, Myśliwiecka i Agrykola stały się naszymi ulubionymi terenami treningowymi.
Oczywiste, że tuż przed startem owiany legendą bieg budził jeszcze większy niepokój. Noc poprzedzająca bieg była na szczęście krótka. Oszołomieni wczesną pobudką, pozwoliliśmy o 1.30 wywieźć się na miejsce startu w Komańczy. Tam czekały na nas bębny i startowy strzał z broni długiej... zaczęło się...
A zaczęło się jak to w Bieszczadach, już po godzinie od startu burzą i co najmniej godzinnym, rzęsistym deszczem. Potem było tzw. „normalnie", czyli mgła i wszechobecne, lepkie błoto, (choć bywalcy twierdzą, że nieco mniejsze niż w ubiegłym roku).
Od startu jednego byliśmy pewni: biegniemy odcinki poziome i zbiegi, nie biegamy pod górę!
Realizując te zamierzenia, na pierwszym z pięciu etapów, do przełęczy Żebrak docieramy z kilkudziesięciominutowym zapasem poniżej narzuconego limitu czasu. Po krótkiej przerwie, drugi etap od Żebraka do Cisnej pokonujemy w tym samym rytmie. Zaznaczę tu ważną rzecz – w trakcie przygotowań i w momencie startu mieliśmy z Andrzejem porównywalne możliwości fizyczne, wiek i plany. Podkreślam to, ponieważ już na tym początkowym etapie widać było trudności w dopasowaniu się niektórych zespołów, powołanych dość przypadkowo np. z użyciem Internetu. W mojej opinii, przy tak długim wysiłku w terenie górskim dobrze jest mieć przy sobie nie tylko silnego biegacza, ale i kogoś, kogo można nazwać „partnerem” w sportowym pojęciu. To była jedna z naszych mocniejszych stron, drugą okazała się duża wprawa w pokonywaniu zbiegów. Zaobserwowałem, że sprawni biegacze prześcigający nas na podejściach, zostawali w tyle w trakcie zbiegów. Wydaje nam się, że procentowały tu lata turystyki górskiej i dziesiątki zejść w stromym terenie.
W taki spokojny sposób, zdobywając kolejny „zapas” czasu docieramy do Cisnej. Tu odbywamy przesadnie, jak później skonstatowaliśmy, długi popas.
Wreszcie, już zaopatrzeni w kijki pobrane z przepaku, ruszamy dziarsko ;) pod górę. Ten trzeci etap, wiodący do miejscowości Smerek, okazał się podobny do tasiemca. Dystans zdawał się nie mieć końca. Ale czujemy, że siły jeszcze są, napieramy jak możemy. Pewną atrakcją, poza poprawą pogody, było spotkanie na Okrągliku z ratownikami GOPR i Służbą Graniczną, a nieco dalej z solidnych rozmiarów jeleniem. Pod koniec tego odcinka zaczęło jednak dawać znać o sobie zmęczenie. Trudniej było mi zmobilizować się do biegu. Na tzw. drodze Mirka, odcinku niby wygodnym, lekko pochyłym asfalcie …… jednak już w całości po nim nie biegliśmy. Wychodzą tu nam jeszcze interwały: kilkaset metrów biegu na przemian z marszem. Obserwując sąsiednie ekipy, widzimy, że nasza niechęć do biegania nie jest odosobniona. Na usprawiedliwienie dodam, że były to okolice 50 kilometra.
W Smereku, na przepaku po III etapie nadal utrzymujemy zapas czasu, więc nieśmiało zaczynamy marzyć….
Do realizacji tych marzeń już tylko zostawić za sobą Połoninę Wetlińską i Caryńską…prawda, że niewiele?

Zapas czasu, pomoc kijków i już niewiele ponad dwadzieścia kilometrów do mety pozwoliły nam uwierzyć, że marzenia staną się faktem. Pod koniec w zabawny sposób zagrała w nas jednak ambicja. Nagle uświadomiliśmy sobie, że celowanie w końcówkę limitu czasu może spowodować zajęcie ostatniego miejsca wśród kończących ekip. O nie! Przecież mamy jeszcze sporo siły! Ruszyliśmy z kopyta, na szczęście w dół, uruchamiając nasze stare tatrzańskie doświadczenie w zbieganiu. Udało nam się wyprzedzić jeszcze kilka zespołow. Szczęśliwi, że wszystko ma swój koniec dotarliśmy do mety w Ustrzykach Górnych.
Plan zrealizowaliśmy, w dodatku nie doprowadzając się do kontuzji ani nie wywołując żadnych długotrwałych dolegliwości. Ja po raz pierwszy użyłem getrów obciskających (CEP) zakupionych w zaprzyjaźnionym sklepie ERGO. Wierzę, że to dzięki nim na całej trasie nie miałem żadnych problemów ze skurczami, które wcześniej, przy okazji maratonów czasem mi dokuczały. Jak przystało na świeżo upieczonych „Rzeźników” natychmiast zaczęliśmy myśleć… no, zgadnijcie o czym?
Tak, dobrze odgadliście – o tym, jakby tu się przygotować, żeby „urwać” trochę czasu na przyszłorocznym biegu Rzeźnika!
Z perspektywy tych kilku dni widzimy jak wiele czasu straciliśmy na punktach żywieniowych i przepakach. W tych miejscach jest duży potencjał do oszczędności. No i znów trzeba się solidnie namęczyć na treningach, to może będzie trochę lepiej. Ale jak to na Rzeźniku, wszystkiego nie przewidzisz. Oby, więc nie było gorzej! A tegoroczna inaugurację uważamy za udaną.
Jacek Bojarowski
Napisał/a: Janek, 2011-07-04 22:14:01 komentarze (10) || skomentuj


postami.






